Yeheeeeey. Udało się. Okoliczności się zbiegły i doszło do wiekopomnego wydarzenia – zrobienie traski solo.
Nie bylem przekonany do wyjazdu ale przemogłem się. Wczoraj wieczorem spakowałem się i przygotowałem wszystko na drogę. Co ciekawe, zapomniałem wziąć tylko jednej rzeczy, bez której jednak sobie poradziłem.
Trasa była półlegalna. Ze względu na Radunię i jej łańcuch, na który wejść nie można. No cóż, byłem tam już któryś raz, nieco z przekory. Bo leśnicy mogą sobie ścinać drzewa a turysta nie może przejść? Trochę to dziwne, co nie?
Więc półlegalna, bo drugim szczytem była, a jak, Ślęża. To znaczy chronologicznie pierwsza.
Poranek wymaga akapitu, bo wstałem 5:45, 15 minut przed budzikiem. No cóż, tak to jest jak dziecko regularnie przerywa sen. Śniadanie, herbatka, dopakowanie i w drogę.
Wystartowałem z Sulistrowiczek o 7:27 i ruszyłem do góry a później dołączyłem do zielonego szlaku aż do przełęczy Tąpadła. Tam z kolei szlak niebieski i heja. Dopiero tam odpaliłem kijki. Po drodze widziałem ślady raczków i żałowałem, że ich też nie wziąłem, bo przecież mam jakieś. Było trochę śniegu, a pod spodem miejscami lód.



Jak to na szlaku niebieskim, i jak oczekiwane, zaczęły się podejścia i później skałki. Skałki i śnieg równa się niebezpieczeństwo. Po drodze, nawet nie na podejściu, wywaliłem się na lodzie pod śniegiem. Skałki jednak pokonałem sprawnie. Yay.


Ślęża i w dół. Szybko wypiłem herbaty i zjadłem kanapki pędząc w dół.


Następny punkt programu to podejście na Sępią Górę, pod Radunią. To tam, gdzie jest tabliczka „Zakaz wejścia”. Oh well. Miałem chwilę zwątpienia, but what the hell. Dawaj w górę. No i tu było najtrudniej, ale obyło się bez upadku. Na górze, w moim miejscu, zaparkowałem na odpoczynek. W końcu. Po 3:33:34 sekund. No tak się złożyło. Tam snack No i kawka. A jak kawka to kuchenka.

Zdziwiłem się, że spotkałem tam aż dwie osoby. W tym panią po 60-tce, która chciała zejść do przełęczy. Wydawało mi się to bardzo ryzykowne dla niej.
Kawka smakowała przednio. Serio. Dużo lepiej niż w domu. No cóż, urok outdooru. A potem mycie kawiarki i w drogę. Szybko dotarłem do punktu startu i auta, ale po drodze miałem mega oblodzone fragmenty w dół.



To było około 20km, 4h30m. Dobre tempo. Odjeżdżając mijałem panią po 60-tce, całą i zdrową.
W domu byłem około 14:00. I zaczęło się znowu to co zawsze…
Za 2 dni zaczynam nową robotę. Czuję niepokój. Czy w ogóle jestem jeszcze w stanie pracować w korpo? Co, jeśli nie?