Znowu dość intensywnie. Czas jakby przelatywał między palcami. Nie mogę się zebrać i na spokojnie (bo to trzeba na spokojnie) poukładać planu działania – cały czas coś, to odprowadzić dziecko, to coś kupić, to gdzieś podjechać. To pranie, to prasowanie a później jeszcze trochę zmywania. Kiedy, no kiedy?
Ok, pewnie, miałem godzinę dla siebie na bieganie. A drugą na spotkanie z terapeutą w sprawie przyszłej kariery, takie zapoznawcze, ale być może ostatnie, bo chyba nie podejmę współpracy. Mam dać prawie całą pensję na 10 spotkań w ciągu trzech miesięcy. Ja tyle nawet na koncie nie mam.
Więc tak właśnie teraz sobie podsumowuję dzień, ile było quality time. Za mało. Jutro nowy dzień na odkrywanie życia bez pracy. Jutro też moje pismo – porozumienie – pójdzie do biura.